"Przyjaźń czy kochanie" - recenzja

"Przyjaźń czy kochanie?" zasługuje na uwagę każdego fana epoki wiktoriańskiej. Ta ekranizacja epistolarnej powieści Jane Austen pod tytułem "Lady Susan" wyjątkowo poważnie traktuje swoją konwencję, zupełnie porzucając próby uwspółcześnienia opowieści. Bardzo możliwe, że cała komediowość filmu już faktycznie znajduje się w tekście Jane Austen, a reżyser Whit Stillman po prostu wyłożył nam tę historię na ekran ufając autorce kompletnie.

a5e9150402-p1b2diip6i1kbc14hbn0vaoqhun303.jpg

"Przyjaźń czy kochanie?" opowiada o intrygach snutych przez Lady Susan (Kate Beckinsale) - wdowę starającą się tak zakręcić całym towarzystwem i owinąć sobie wokół palca, by zapewnić sobie za jednym zamachem bezpieczeństwo finansowe oraz młodego, uległego męża.

W filmie występuje cała gama postaci z wysokich sfer - od nadętych dziadów po rozgadanych idiotów. I choć na początku reżyser wydaje się wrzucać nas pod pociąg przedstawiając nam ich prawie wszystkich naraz, to w trakcie trwania widz nigdy nie czuje się zagubiony, bo zawsze znajdzie się scena, która przypomni nam, jak wyglądają relacje i kto jest ważny w danym momencie.

Wasza satysfakcja z seansu zależy od waszego podejścia do takiego zagadanego filmu kostiumowego. Jeśli potrafią was rozbawić angielskie figury z wysokich sfer porównujące poważnym tonem swoje niewdzięczne córki do Ameryki, to powinniście się czuć jak w domu.

Wątpliwość mam jedynie do zakończenia. Reżyser wydaje się nieco wstydzić faktu, że jak to zwykle bywa w takich powieściach - bohaterkę spotyka kara za jej machinacje. Rzecz w tym, że przez cały obraz Lady Susan przedstawiana nam jest w sumie co prawda nie jako sympatyczna postać, ale taka, której kibicujemy w rozbijaniu tych wysokich sfer i wodzenia ich za nos. Twórca filmu pędzi więc przez finał i chyba trzyma kciuki, że nie zauważymy.

8/10