"Po godzinach" - recenzja klasyka

Czasem sobie nadrobię jakiegoś Martina Scorsese w wolnej chwili. Wczorajszy seans "New York, New York" okazał się przyjemniejszy niż myślałem, ale dopiero po dzisiejszym "Po godzinach" czuję potrzebę podzielenia się nowym odkryciem. Film wziął mnie zupełnie z zaskoczenia.

After Hours 1.jpg

Scorsese stworzył tu niezwykły miks thrillera psychologicznego z komedią. Zaczynamy od niewinnego, przypadkowego spotkania Paula (Griffin Dunne) z przesympatyczną kobietą (Rosanna Arquette) w kawiarni. Prawdziwa akcja zaczyna się jednak dopiero po zapadnięciu zmroku. Paul nie wie jeszcze, jak długa i wyczerpująca to będzie noc.

"Po godzinach" działa już u samych podstaw - to wspaniały scenariusz, dobrze splatający ekscentryczne postacie w coś więcej niż tylko serię potyczek. Zasługa w tym zaskakująco konserwatywnej jak na tak szalony obraz budowy - spodziewajcie się więc wielu komicznych zbiegów okoliczności. I nie mówimy tu tylko o dużych punktach fabularnych. Jeśli na przykład postać złoży zamówienie w knajpie, po czym ucieknie z niej bez zamiaru powrotu, ale przypadkiem trafi tam znowu po kilku godzinach, to barman poda mu bez słowa zimnego burgera.

Bardzo cenię sobie ten rodzaj humoru, bo nie wyczerpuje tak, jak typowe komedie oparte na sypaniu żartami. One nudzą się już w okolicach drugiego aktu, a w "Po godzinach" wtedy zabawa dopiero się zaczyna. Film z każdą minutą staje się lepszy, w czym zasługa także wspaniałego Griffina Dunne'a, którego frustracja wiarygodnie przybiera coraz to nową formę.

"Po godzinach" chwalę jako komedię, ale nie tylko. Bo z drugiej strony obraz Martina przypomina trochę jakąś grę wideo z koszmaru sennego. Kilka lokacji, kilka postaci i wieczna szamotanina, by cokolwiek osiągnąć, bo zawsze jakieś zamknięte drzwi stoją na drodze do wykonania najprostszego zadania, a każdy dobrze użyty przedmiot tylko oddala nasz cel. Scorsese przekuwa tu frustrację prowadzącą wręcz do paniki na niepokojącą rozrywkę.

Wyczerpują mnie zwykle groteskowe filmy o jednostce spotykającej na drodze kolejnych dziwaków i pakującej się coraz głębiej w jakieś bagno. Nie przetrawiłem w pełni "Procesu" Kafki w wydaniu Orsona Wellesa, a sci-fi Szulkina mnie męczą. Ale Scorsese tak zrobił swój film o frustrującej niemocy, że nie frustruje ona widza, ale pozwala poczuć wszystkie silne emocje z tą frustracją związane.

I co prawda nie znajdziecie w "Po godzinach" żadnej antysystemowej, dystopijnej alegorii obecnej w wyżej przywołanych produkcjach, ale to może i lepiej. Za dziecka oglądałem "12 prac Asteriksa" i jak dotąd nic nie przebiło sekwencji z urzędem.

8/10