"Carrie Pilby" - recenzja

Oryginalnie recenzja zamieszczone jako wideo z serii Tycie Osądy.

Bel Powley poprzednio mogliśmy zobaczyć w "Wyznaniach nastolatki", który do Polski dotarł wiele miesięcy po premierze w USA. A "Carrie Pilby" czyli najnowszy film z Bel w roli głównej dostajemy w zasadzie równolegle ze Stanami. Jak się jednak okazuje czas oczekiwania jest tu wprost proporcjonalny do jakości.

"Wyznania" skupiają się na typie nastoletniej bohaterki, jakiego próżno szukać w kinie, czyli świadomej swojej seksualności i otwartej na tego typu doznania. Tam, gdzie film Marielle Heller przełamywał bariery, "Carrie Pilby" idzie w większą sztampę i bezpieczne tropy filmów indie i komedii romantycznych.

To ekranizacja książki z gatunku chick lit, czyli takiej lekkiej literaturki o kobietkach dla kobietek. Carrie jest superinteligentną dziewczyną, która skończyła Harvard przed czasem, bo taka była zdolna. Lubi więc rzucać nazwiskami filozofów i aktorów o których ty pewnie nawet nie słyszałeś.

carrie-pilby-comp.jpg

Niestety to czyni ją też jedną z najbardziej pretensjonalnych bohaterek w historii filmów o dorastaniu - a w dorastaniu wszyscy są pretensjonalni, więc to coś mówi. Tu dodatkowo sama reżyserka Susan Johnson myli to chyba z dobrym humorkiem, tak że większość filmu mogłaby być rozłożona na reakcyjne gify z podpisami na tumblra. Każdy ma sprytny tekścik w odpowiedzi na twój, a przy tym Bel Powley jeszcze tak ostetacyjnie przewróci oczami, przegnie głowę i wzniesie ręce w niebo, że nawet na ekranie telefonu będzie widać, jak wrzucisz gifa w komentarz.

Fabuła kręci się wokół Carrie szukającej szczęścia. I mówię tak ogólnie, bo niestety poza tym, że film jest przewidywalny, jest także niepotrzebnie pogmatwany i poprzecinany retrospektywą dawnego związku. I czasem trafi się jakaś jaśniejsza scena, jak na przykład odkrycie, że jak jakiś facet zdradza swoją dziewczynę, to nadal może być sympatycznym inteligentnym gościem i to trochę rujnowało światopogląd naszej bohaterce. Niestety takich wstrząsów jest mało, a im dalej w las, tym bardziej to jest tam sam las, co każdy inny las. Tylko gęstszy.

Myślę, że ma jakieś szanse na popularność u nastoletnich dziewcząt, więc jeśli zaliczasz się do tej grupy to nie pozwól żeby taki dziad z brodą jak ja ci obrzydził seans. Ale z mojej perspektywy nie ma tu wiele wartego uwagi, za to sporo irytacji.
5/10