"7 uczuć" - recenzja

W nowym filmie Marka Koterskiego wszyscy nadal automatycznie poprawiają swoje słownictwo na końcu zdania jak w "Dniu Świra". Niestety jak na reżysera tak żywo zainteresowanego naszymi małymi językowymi zboczeniami i zaśpiewkami, jego scenki dużo częściej wypadają jak odtwórcze wygłupy niż celne obserwacje.

Trudno było oczekiwać innego efektu - w końcu dzieciaki grane są tutaj przez dorosłych aktorów. A ci w dużej części sięgają prędzej właśnie po przerysowany wygłup w swoim odtwarzaniu dziecięcych zachowań niż jakąś prawdę. Sam Michał Koterski w głównej roli czasem odwołuje się właśnie do wygłupu, a czasem (na przykład w pierwszej scenie na kolanach matki) do tego, jak grają dzieci w polskich filmach - czyli miernie. Najbardziej pozytywnie wyróżnia się tutaj chyba Andrzej Mastalerz jako Bolechowski. Dorośli jako dorośli okazjonalnie chwytają sposób mówienia z życia, ale w większości aktorzą tu bardziej na komediową modłę, czego dowodem niech będzie niesławna scena obiadowa stanowiąca zwiastun "Siedmiu uczuć".

Przechwytywanie2.PNG

I niestety ten aromat śmiesznej głupotki spowija film tak, że trochę giną tam mądrzejsze rzeczy, przez co reżyser pakuje się na koniec w zwyczajne kazanie, o czym to wszystko było. Kazanie artystycznie nieciekawe i wypowiadane ustami postaci, która sama jeszcze przed chwilą była narzędziem do budowania groteski.

Podoba mi się za to na pewno ten znak równości, jaki postawił Koterski między społeczeństwem nierozmawiającym o uczuciach i takim, którego sukces mierzony jest w zdolności przywoływania zapamiętywanych formułek. Kiedy dzieciarnia nie odpowiada na pytania nauczycieli, to dyskutuje za pomocą rymowanek i wyliczanek na szkolnym podwórku. W jednej z moich ulubionych scen dzieci opowiadają, czym zajmują się ich rodzice. Jedno nieśmiało opowiada, że tata jest piekarzem. "A co robi piekarz?" dopytuje nauczycielka, po czym okazuje się nie być w pełni usatysfakcjonowana, kiedy w odpowiedzi dostaje "chleb i bułki". Z pomocą przychodzi kujonka Porankowska (w większości świetna Muskała) z całym małym wierszykiem na temat pieczenia.

Na pierwszym planie Muskała jako Porankowska

Na pierwszym planie Muskała jako Porankowska

Więc tak, mam też kilka miłych uczuć związanych z tą produkcją. Zawsze chętniej obejrzę nie do końca udany eksperyment z wyrzuconą lekcją na twarz niż kolejnego korpo "Juliusza", zwłaszcza że Marek Koterski serce ma na swoim miejscu. A jeśli dzięki tym wielkim literom film ma lepiej trafić do większej rzeszy Polaków, to tym lepiej. Mam nadzieję, że po tej chaotycznej wstępnej "terapii", pójdą na prawdziwą.

6/10