"120 uderzeń serca" - recenzja

Wychowałem się w otoczeniu, dla którego wszelcy aktywiści to w najlepszym wypadku jakaś młodzież marnująca czas na wygłupy a w najgorszym niebezpieczni szaleńcy i terroryści. Nie pomagały przyjeżdżające do szkoły teatrzyki, uczące nas w formie dziecinnych piosenek i głupich scenek o szkodliwości narkotyków, ani pan rozdający pod bramą ulotki WYRZUĆ SWÓJ KOMPUTER. Z kolei w filmach aktywizm przybiera najczęściej formę jakiejś przeidealizowanej bajki, wizji szeroko uśmiechniętego ramię-w-ramię spaceru w słoneczny dzionek. Dlatego cała koncepcja oddolnych inicjatyw miała dla mnie zawsze jakiś nieprzyjemny posmak.

Poprzednia aktywistyczno-gejowska propozycja od Pana Gutka, czyli "Dumni i wściekli" pozostawiła mnie obojętnym. Ale to, jak Campillo w swojej produkcji o epidemii AIDS we Francji lat 90-tych ukazuje splot prywatnego życia z politycznym, porwało mnie od pierwszych chwil i tylko czasem gubiło uwagę przez te 140 minut metrażu.

120-BPsM-4.jpg

Reżyser do samego aktywizmu podchodzi dość proceduralnie. W sali wykładowej kolejne osoby zabierają głos, wymyślają hasła i wyciągają wnioski ze swoich poprzednich akcji. Kto rzucił worek z krwią zbyt wcześnie? Czy kajdankami przypinamy się sami, czy możemy także innych? W kontraście do dokumentalnej uważności stoi bogata praca kamery, często zmieniająca perspektywę i budująca dynamizm monotonnej lokacji.

Kiedy tylko jednak temat schodzi na intymne tory, kamera idzie w pełną bliskość i duszność ciał. Nawet w czasie dużych spotkań Campillo tworzy takie małe, prywatne mikroświaty. Widz jest z nich wyrywany razem z bohaterami i razem z nimi przypominamy sobie nagle, że jesteśmy w sali konferencyjnej i rozmawiamy właśnie z reprezentantami przemysłu farmaceutycznego.

Niezależnie jednak, co akurat dzieje się w tym szerszym kontekście politycznym - niezależnie czy to walki o wyniki badań eksperymentalnych leków na AIDS czy dociskanie organizacji rządowych do organizowania szerszej edukacji seksualnej - reżyser zawsze wiąże nas z tym ludzkim aspektem. Film poświęca w końcu większość czasu trwania na relację między dwoma chłopakami - i stan jednego z nich szybko się pogarsza. Nie wszyscy doczekają zmiany, nie każdy zobaczy jak na dłoni jakiś efekt wspólnej pracy - i widza także to nie czeka.

To dzięki tej szczerości w dychotomiach - aktywizm a życie prywatne, seks a śmierć - "120 uderzeń serca" robi tak duże wrażenie. Prezentuje temat od kuchni, pokazując wewnętrzne kłótnie, tragedie i nie zawsze jednorodny głos członków grupy. Chciałbym tylko, żeby Campillo umiał to streścić w czasie krótszym niż dwie godziny, bo 140-minutowy czas trwania potrafi dać się we znaki, zwłaszcza że to druga połowa wymaga od widza większej cierpliwości.
8/10

Premiera od Pana Gutka już 11 maja.