"Fuga" - recenzja

Nowy film Agnieszki Smoczyńskiej nie mógłby być bardziej inny od poprzedniego. Reżyserka stworzyła obraz, któremu klimatem bliżej do "Wieży. Jasnego dnia" Jagody Szelc niż do jej własnych "Córek dancingu". Próżno tu więc szukać elementów musicalu, krwawego horroru czy neonowego ekscesu w scenografii. Za to pod dostatkiem szarego, rodzinnego dramatu.

Smoczyńska także umieszcza bohaterów w dużym domu pod lasem i spowija go mgłą tajemnicy. I tu też zapalnikiem dramatu jest osoba, której powrót do domowego ogniska budzi mieszane uczucia reszty domowników. Zanim jednak widzowie zirytowani niejednoznacznością finału Jagody skreślą "Fugę" już na wstępie - uspokajam. Scenariusz u Smoczyńskiej jest klarowny, oferuje odpowiedzi na większość pytań, a przy tym wcale nie zapchany, dzięki czemu zagadkowa atmosfera ma czas na rozłożenie skrzydeł. Autorką tekstu jest Gabriela Muskała, która wzięła na siebie także główną role - i w obu świetnie się sprawdziła. Nie licząc kilku komediowych zgrzytów i dramatycznych szarż, obecnych w prawie każdym polskim dramacie. Jeśli ktoś się na kogoś nie rzuci z rękami krzycząc KIM JESTEŚ, to najwyraźniej obraz jest niekompletny.

Osobiście preferuję podejście Szelc, ale na pewno film reżyserki "Fugi" ma większą szansę na sukces finansowy. No i naturalnie wspaniale zobaczyć, że młoda reżyserka wydana już przez Criteriona to "real deal" - twórczyni radząca sobie w wielu różnych stylistykach. Jeśli ktoś powątpiewał, czy w swoim przelewającym się od stylu debiucie maskuje tym ekscesem jakieś niedociągnięcia, to jej nowy film stoi na dowód, że tak nie jest. Możemy się jeszcze spodziewać naprawdę świetnych rzeczy tak od niej, jak i osób którymi się otacza.

7/10
W kinach w Polsce podobno od 26 października dzięki Kino Świat.

PS Przepraszam za namolne nawiązywanie do debiutu Jagody Szelc, ale nie mogę nie zwrócić uwagi, że obu paniom udało się wyciągnąć z dziecięcych bohaterów naturalny sposób mówienia.