Moje ulubione polskie filmy z Gdyni 2019

Nie czuję potrzeby wypowiadać się o każdym filmie, jaki widziałem w Gdyni. Średnia moich filmwebowych ocen 4,8 daje Wam trochę odczuć ogólny poziom festiwalu. Nie dokonałem żadnego debiutanckiego odkrycia, nie wyczułem żadnego nowego kierunku.

Polscy twórcy nadal bardzo lubują się w ostrych konfliktach, krzykach i potrzebie demonstracji ludzkiego skurwysyństwa. Nasze kino przedstawione na festiwalu stara się naśladować trącące myszką kino z USA ("Legiony", "Ukryta gra") albo podkreślać chujowość i cierpienie w Polsce.

To drugie często mylone jest z zaangażowanym kinem społecznym. Trudno je takim nazywać, kiedy wydaje się być zwrócone przeciw wszystkim.
"Mowa ptaków" młodego Żuławskiego to filmowa popisówka pooblekajana polaryzującymi tematami, do tego gdzieś w tym chaosie starająca się oddać hołd Staremu Mistrzowi.
"Wszystko dla mojej matki" miało szansę nakreślić rzeczywistość wykluczonych kobiet, ale postawiło na sensację i podkreślanie, że wszyscy wszystkich mają w dupie.
Na szok stawia też "Supernova", która polską rzeczywistość komentuje ze scenariuszowym wyczuciem tabloidu.

Pamiętam, kiedy trzy lata temu wyszedłem z festiwalu bardzo pozytywnie nastawiony do "Placu zabaw" Kowalskiego. Obecnie widzę go jako część nieprzyjemnego trendu. Wszystkie te mainstreamowe Smarzowskie, Vegi oraz cała armia mniej topowych reżyserów budują tylko głębszą niechęć do drugiego człowieka. Zdaję sobie sprawę, że polskie kino jest tylko odbiciem społeczeństwa, ale tym bardziej powinniśmy bić na alarm - potrzebujemy w naszym kinie więcej zrozumienia i współczucia. Potrzebujemy postaci, w których widz znajdzie siebie, a nie swoich wrogów.

Myślę, że dlatego "Boże Ciało" jest najlepszym filmem w tym roku. Scenariusz Mateusza Pacewicza jest o czymś - o problemie przebaczania win w społeczeństwie. W filmie Komasy Daniel (Bartosz Bielenia) zostaje "wypuszczony" z poprawczaka - czyli skierowany do roboty w tartaku, bo na prawdziwą szansę szansy nie ma, sorry. Następnie, w pozornie nieznaczącym akcie buntu przeciwko etykietce, którą mu przypięto, przedstawia się jako ksiądz. Kilka zrządzeń losu później zarządza już parafią. A tam mieszkańcy mają swoje problemy z przebaczaniem.

Boze-Cialo-Plakat-01.jpg

U Pacewicza i Komasy także naturalnie jest miejsce na akty przemocy i ostre konflikty, ale tu kryją się pod nimi ludzie. Jesteśmy w stanie zrozumieć perspektywy tak surowej kościelnej, jak młodego szantażysty. Z końcem obrazu próżno szukać w nas nienawiści do przedstawionych w nim osób. Poczucie niesprawiedliwości pozostaje, ale jest skierowane przeciw systemowi oraz nielicznym uprzywilejowanym władzą, a nie naszym bliźnim. Obraz zachęca nas wręcz do bycia lepszymi ludźmi/Polakami/chrześcijanami.
I chyba to mnie jara w polskim kinie. Tego teraz szukam.

"Boże Ciało" podoba się wielu widzom i krytykom. Trudno za to znaleźć jakąś pozytywną opinię na temat filmu "Interior", co bardzo mnie zaskakuje.
To także produkcja podparta zrozumieniem, choć może się wydawać nieco zaskakujące w historii o tym, jak wkurzony 30-latek kradnie szefowi auto. To jest zrozumienie nieco innego rodzaju - empatyzowanie z tymi z nas, którzy czują bezsilność i niesprawiedliwość wobec rzeczywistości.

"Interior" ma aurę nadchodzącej tragedii, świata czekającego na śmierć. I ta aura do mnie przemawia - zwyczajnie nie czuję się bezpiecznie ze zmianą politycznej warty na świecie, bogacącymi się megakorporacjami i ignorowaniem zmian klimatu przez władze. Lechki trzyma się z dala od jednoznacznego określenia problemu, ale znamiennym wydaje się wpływ warunków atmosferycznych na pewne istotne wydarzenie w "Interiorze".

Sporo jest tu w ogóle symboli i gestów. Film może się jednym wydać przez to nieco zbyt wydumany, ale mnie jego poetyka ujęła. Czego Lechki nie robi, jest w tym nienachalny, nie podtyka swoich opinii pod nos - buduje "Interior" w oparciu o wewnętrzne życia swoich bohaterów.

Przy tym ludzie nie są tu dla siebie okropni - każdy robi swoją robotę, niektórzy wykonują miłe gesty i pomagają sobie nawzajem. Jest nawet czas na empatyzowanie z losową tragedią dziejącą się w oddali. To smutny film, ale też taki, który sobie pozwala na nadzieję.

Ja też sobie pozwolę na nadzieję. To ona mnie zaprowadziła na "Interiora", którego inaczej bym pewnie nie zobaczył, bo nie miałby mi go kto polecić. Będę więc kontynuował coroczne wizyty na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, by wyszukiwać właśnie takie produkcje, jakich chciałbym widzieć więcej. I Wam też polecam - to jest jedyne kino, które faktycznie możemy kształtować.