"Wszystko wszędzie naraz" - recenzja filmu

"Wszystko wszędzie naraz" to faktycznie tak dobra zabawa, jak mówią. W zasadzie potencjalnie nieskończona kopalnia zabawy, jak pomysł z międzywymiarową telewizją w "Rick & Morty".

everything all the time at once

Ten tu nie jest jednak aż tak randomowy - nie ma pilota do telewizora, a są umiejętności, które trzeba opanować. Reżyserom (Dan Kwan i Daniel Scheinert, znani już z "Człowieka-scyzoryka") w miarę udaje się nie stworzyć wrażenia, że wszystko tu wisi na jakimś "bo nie ma dżemu, spierdalaj".

Ale to nawet nie jest takie istotne - nie wymagam od kina, by fikcyjne światy były idealnie spójne i wytłumaczone. Ważniejsze jest dla mnie, żeby spójny był sam film, a to spora różnica.

I za to mam do twórców największy szacunek - użyta koncepcja multiwersum to nie tylko przejażdżka po galerii niespodziewanych sztuk walki, ale też idealnie wykorzystane narzędzie do opowiedzenia historii o naszej wiecznej niepewności z miejscem, jakie zajmujemy na świecie i decyzjami, jakie podjęliśmy. Mimo postrzeganego przez nas na ekranie chaosu, wszystkie te warstwy spójnie ze sobą współpracują, by powiedzieć coś o zwyczajnym życiu.

Umówmy się, "nie żałowanie niczego" to luksus dla nielicznych. Jeśli macie uczucie, że nie trafiliście tam, gdzie powinniście, że nie żyjecie tym życiem, jakie byście chcieli, to nie wyobrażam sobie lepszej maści na wasze rany niż "Wszystko wszędzie naraz".

8/10

(W ogóle - kocham, że bohaterką jest kobieta w średnim wieku. Przykład, że przez opowiadanie głównie o młodych, produkcje sci-fi/fantasy tracą z oczu mnóstwo historii.)