"The Florida Project" - recenzja

Recenzja oryginalnie stworzona jako scenariusz wideorecenzji, zamieszczonej na kanale Dem3000 w grudniu 2017 roku.

Sean Baker udowadnia, że kino społecznie zaangażowane nie musi być trudne ani depresyjne. Zamiast dobitnie prezentować ból i mizerię woli się wsłuchiwać w głos codzienności ludzi żyjących na obrzeżach społeczeństwa. Tak zrobił w "Mandarynce", którą ciężko przecież nazywać kinem o koszmarze trans prostytutek, choć po otarciu łez śmiechu może też uwrażliwić.

the-florida-project-1200-1200-675-675-crop-000000.jpg


I tak robi też tu.Kilkuletnia Moonie i jej mama Halley są bezdomne, mieszkają z dnia na dzień w takim motelu socjalnym właśnie dla tymczasowo pozbawionych miejsca do życia. Ale Sean nie ma tu palącej historii, opowiada po prostu o pewnym gorącym lecie, przeżywanym razem z dzieciakami, jak wyciągają od ludzi kasę na lody i popełniają wandalizmy dla zabawy. Dopiero na koniec to zamyka w jakiejś fabule - przede wszystkim są to jednak sceny z życia - wspólne lato z dzieciakami i mamą, z jej własnymi przekrętami, byle wycisnąć kilka groszy na życie, byle do końca miesiąca

Ogląda się to z pewnym przerażeniem, ale i rozbawieniem także, bo Moonie ma bardzo demonstracyjny styl bycia, pełen słownictwa i koncepcji jakich dziecko w tym wieku nie powinno znać. A Sean Baker to genialny reżyser, dzięki któremu nic tu nie brzmi na ustawione czy fałszywe. Na pewno zasługa tu też genialnych dzieciaków, które niczego w sobie nie mają z deklamujących gówniaków hollywoodzkich produkcji. Gdyby nie to, że film jest w większości nakręcony bardzo profesjonalnie, nie iPhone'em jak "Mandarynka", to można by pomyśleć, że to po prostu chwytanie życia popisujących się szkrabów.

Warto dodać, skąd się wziął tytuł - "Florida Project" to nazwa robocza Disneyworldu znajdującego się kilka kilometrów od miejsca akcji. Kiedyś może ta okolica zarabiała parę groszy na gościach Disneya, ale obecnie przypomina to bardziej jakieś slumsy wokół krainy snów, toaletę dla baśni - opuszczone kolorowe zajazdy i sklepy przywodzące na myśl postacie Disneya (ale nie do końca, żeby nie pozwał).

Wspomniany motel, w którym mieszka Moonie ze swoją mamą to też taki przybytek, nazywany Magicznym Zamkiem. Magiczny Zamek jest skrupulatnie zawsze malowany na liliowy kolor przez Bobby'ego - menadżera motelu, który jest w takim bolesnym rozkroku między chęcią troszczenia się o te dzieci bez modelowych rodziców, i w ogóle o tych ludzi, a realizowaniem interesu pracodawcy. To także fantastyczna rola dodająca ciepłego humanizmu obrazowi. Gra go Willem Dafoe i to jedyny znany aktor na liście płac. Bo taka Halley, mama Moonie została znaleziona przez reżysera na Instagramie. Scrollował, znalazł ją i napisał "ej chcesz zagrać w moim filmie?"

Cała produkcja została podsumowana przez Moonie w scence, w której pokazuje koleżance swoje ulubione drzewo. Stwierdza, że jest ulubione, bo przewróciło się, ale rośnie sobie dalej. Idźcie do kin, zabierzcie rodzinę i przeżyjcie największą synergię tego roku - spędźcie w kinie beztroskie dziecięce lato a jednocześnie wyjdźcie wrażliwsi na cudzą sytuację życiową. Trudno mi wyobrazić sobie lepszy świąteczny film, choć ze świętami nie ma nic wspólnego.

9/10