"Gotowi na wszystko. Exterminator" - recenzja

"Gotowi na wszystko. Exterminator" nie jest na szczęście o tym, jak to głupie baby nam chopakom rujnują marzenia o sławie i karierze - a takie miałem wrażenie po trailerze. Ale niestety nie jest także o tym, jak rzeczywistość wchodzi z butami w sny o sławie. Problemy reaktywowanego po dziesięciu latach zespołu Exterminator nie biorą się z trudności pogodzenia takich zachcianek z rytmem małomiasteczkowego życia.

26904513_1167560330041265_2897697498663142303_n.jpg

Właściwie cały konflikt ma źródło w nonsensownych machlojkach miejscowej klasy politycznej. Niby poza tym główny bohater ma tutaj życie z drugą połówką, ale ta zostawia go już na początku, wychodząc przy okazji na straszną jędzę, bo zanim zaczyna tęsknić, serwuje protagoniście tylko opierdol i kąśliwe komentarze. A efektów jego nieodpowiedzialnego zachowania nigdzie nie widzimy, nie licząc jednego niepowiązanego, oczywistego chwytu scenariuszowego (no bo zgadnijcie, jak się kończy nie czytanie umowy przed podpisaniem, derp).

Film ma przy tym pozytywną energię i tonę humoru, porusza się naprzód pewnie i nie przejmuje tym, co tak w sumie chce powiedzieć. Paweł Domagała ma kilka świetnych deadpanowych kwestii, a czasem i przesadzone role coś ugrają (Kluźniak, na zdjęciu). Ale na każdy przebłysk humoru przypadają dwa żarty z betonu. Nigdy chamskie, ale nadal leniwe i nawtykane, gdzie się tylko da. Przydałby się jakiś filtr, bo przez ciągłe próby bawienia widza, cierpi wszystko inne.

Jako niezobowiązujące odwrócenie uwagi od zimy pewnie spoko (na pewno lepiej niż większość polskich komedii na ekranie czy tego, co serwuje telewizja), ale specjalnie do kina przez zaspy bym nie leciał.
5/10