"Ave, Cezar" - recenzja

"Ave, Cezar" to bardzo dobry odcinek pilotażowy i nie mogę się doczekać reszty sezonu! Bracia Coen zaprosili całe mnóstwo gwiazd, i każda dostaje scenę lub dwie, w których mogą się nam pokazać jako osobliwe postacie w tej nowej komediowej serii o aktorach, montażystach, pisarzach i producentach w starym systemie Hollywood, w którym za sterami stali ludzie z kasą, a nie reżyserzy.

Pilot skupia się na pracy granego przez Josha Brolina Eddiego Manniksa - faceta zajmującego się pilnowaniem dobrego wizerunku filmowych gwiazd. To on jest spoiwem scenariusza i nieźle się w tej roli sprawdza, bo sporo się rusza. Stanowi naturalny zapłon do przedstawiania nam kolejnych pracowników Fabryki Snów w zabawnych scenach.

Często są to sceny oddające hołd staremu Hollywood, wystawiające na pierwszy plan dawno zapomniane umiejętności, jak stepowanie czy pływanie figurowe rodem z "By a Waterfall" Berkeleya. Bardziej obeznani z kinem widzowie pewnie wyłapią tu sporo więcej niż ja, ale nie trzeba się znać, by móc docenić włożoną w nie miłość.

Niestety część "gadanych" scenek w "Ave, Cezar" nie wypada już tak inspirująco. Niektóre dialogi błyszczą, ale inne gdzieś wydają się gubić w swojej niewinnej głupkowatości, przez co trudno znaleźć w nich jakiś kierunek czy emocjonalny trzon. To naturalnie jest to do zrozumienia - w końcu trudniej w serialu utrzymać tak wysoki poziom przez cały czas. Ważne, że poznaliśmy mnóstwo postaci z potencjałem i zyskaliśmy naprawdę ciekawe spojrzenie na kino amerykańskie tamtego czasu. Widzimy je tu jako cyniczne i magiczne, czasem w tym samym czasie.

No i dałbym wyższą ocenę, gdyby to faktycznie był start jakiejś serii, ale przez całą recenzję kłamałem, o czym pewnie w sumie dobrze wiecie. 
To jest film, który zwyczajnie sprawia wrażenie pilota. A w przypadku kinowej produkcji ciężko bronić braku mocniejszego, fabularnego spoiwa w tym zbiorze mniej i bardziej zabawnych scenek ze znanymi osobami.

7/10