"Lion. Droga do domu" - recenzja

Wiecie co, na papierze ta prawdziwa historia o odszukiwaniu swoich rodziców po dwudziestu latach od razu pachnie cynicznym rzucaniem się na Oscary, ale święty Jacku z pierogami, jaka to jest wzruszająca opowieść! I nie unieważnia jej masa nieudanych elementów.

Przede wszystkim wyzwanie udramatyzowania procesu szukania rodziców przez mapki Google zakończyło się... walkowerem. Nie wymyślono nic, by uczynić ten proces filmowo ciekawym - po prostu ograniczono go do minimum. Za to dużo czasu ekranowego poszło w wewnętrzne rozedrganie bohatera. Dlatego nie znoszę części Liona toczącej się w zachodnim świecie. Żadna z postaci nie wzbudza zainteresowania reżysera. Ani Rooney Mara, ani Nicole Kidman nie mają tu nic do roboty i są tylko cieniami ze zmartwionymi twarzami dla Saroo (Dev Patel), chodzącego jak zombie i czasem wyskakującego z płaczem, jak bardzo tęskni.


Szkoda też wątku psychicznie niestabilnego brata zagranego przez Diviana Ladwa, wprowadzonego do filmu chyba tylko po to, żeby mu robić przykrość. To dużo ciekawsza postać niż dorosły Saroo, a tu został potraktowany głównie jako utrapienie dla reszty familii. Nie dziwota jak wyrósł tak a nie inaczej, też bym się czuł jak śmieć. Martwi mamę, wkurza brata, nie grzeszy urodą i nie ma nawet swojej książki o tym jak odnajduje prawdziwych rodziców ani oskarowego filmu.

Za to wszystko w Indiach nakręcone jest z taką wrażliwością, że wydaje się, jakby film miał dwóch różnych reżyserów. Albo może producentom było za daleko, by pilnować. Historia młodego Saroo zagubionego w Indiach nie zasypuje nas dialogami, a kamera zawsze znajduje sposób, by nadać dworcom, bezdrożom i blokowiskom charakteru. To także triumf castingowy - wszystkie tamtejsze epizodyczne postacie są bardziej charakterystyczne i zapamiętywalne od filmowych gwiazd, mimo że mają mniej od nich czasu ekranowego.

No i jak mówiłem na początku - ta prawdziwa opowieść potrafi naprawdę wzruszyć i wcale nie wyciska tego tak obrzydliwie, jak mogła. Byłem okej z łzami na moich policzkach, nie wydały wyciśnięte na siłę. Nie trzeba się bać tego filmu, choć zupełnie rozumiem ten strach, bo sam go podzielałem - stąd seans dopiero teraz.

6/10