"Coco" - recenzja

Recenzja pochodzi z wideo z serii "Tycie Osądy" z listopada 2017

affiche-coco-08.jpg

Na seansie przedpremierowym Coco była rzeź. Mimo że w kasach informowano, że przed gwoździem wieczoru poleci krótkometrażówka, tak dzieci jak i rodzice biegali oburzeni po schodach jakoś od połowy jej przebiegu.


I trochę się nie dziwię, bo tym razem krótki metraż to dwadzieścia minut, i to świątecznego musicalu Olafa, Elsy i ten drugiej Gieni z "Krainy Lodu"! Jest uroczo, musicalowo i śmiesznie, ale kurczę, atmosfera na sali była nerwowa. Trochę się boję, że wytną tego shorciaka na przyszłych pokazach, bo to już raz w Polsce zrobiono, a ten już wycięto w Meksyku. Więc jak chcecie zobaczyć to na wielkim ekranie, to możecie się chcieć pospieszyć. Ja myślę, że warto, udane piosenki, ale jak was mdli od świątecznej słodyczy to możecie się odbić.
(UPDATE: faktycznie po dwóch tygodniach krótkometrażówka została usunięta z naszych ekranów)

Pixar używa tu karty, którą uwielbia zagrywać, bo kiedy ją zagrywa, to wygrywa. Chodzi o przemijanie i utratę nieodwracalnie z nią związaną. Niezależnie, czy to porzucanie zabawek z "Toy Story", trzymanie się kurczowo wspomnień z "Odlotu" czy strach przed zmianą z "W głowie się nie mieści", ta świadomość wpływu czasu na nasze życia to paliwo stojące za najlepszymi produkcjami studia.

"Coco" wprost traktuje o meksykańskim święcie zmarłych, a bohaterami historii są między innymi martwi ludzie. Dlatego tak podobała mi się decyzja, by jednak temat śmiertelności zrzucić na dalszy plan i postawić na rodzinną przygodę. Wesoła i kolorowa jak samo Día de Muertos, i nawet łez nie znajdująca w samej śmierci. Choć nadal trafia się więcej niż jedna okazja wzruszyć się w ramach bardzo piksarowskiej utraty.

Jedyny przytyk jaki mam, wynika z tego, że od swoich ulubionych filmów studia, takich jak "W głowie się mieści", oczekuję jakiejś iluminacji. Tu w zasadzie sporo jest na początku trudnych pytań, wyboru między rodziną a karierą. Ale odpowiedziami na nie są wygodnie ustawiające się fabularne klocki, a nie potrzeba zmierzenia się z faktem, że na niektóre konflikty nie ma lekarstwa. Nie żebym miał coś do samej fabuły, bo jest bardzo skutecznie poprowadzona, ale jeśli chodzi o odniesienie do prawdziwego problemu trudnych stosunków z rodziną, to twórcy sobie wychodzą tylnymi drzwiami.

Nadal jest to jeden z filmów z drużyny tych świetnych Piksarów, a nie ostatnich, mniej natchnionych "Aut", "Dinozaurów" i "Uniwersytetów potwornych". Warto sięgnąć po seansie po ścieżkę dźwiękową, by posłuchać utworów tak po angielsku, jak i w specjalnych wykonaniach hiszpańskich.
8/10