Mój ryjec na karnecie
Nie wyszło mi w tym roku pod wieloma względami.
Po pierwsze - albo się od zeszłego roku mocno postarzałem i straciłem refleks, albo konkurencja do karnetowych miejsc się zaostrzyła. Nie udało mi się w każdym razie dostać na to, co bym chciał. Kilka razy. Sobota przed wyjazdem okazała się szczególnie brutalna, bo nie wklikałem się ani na film, na który najbardziej czekałem (Gradivę) ani na ten, który mi najżarliwiej polecano (Josephine). Nie weszła mi też na przykład żadna z dwóch ometkowanych na zielono "Róż".
Zdjęcie z jednego ze stories. Resztę znajdziecie w wyróżnionych relacjach na moim Insta.
Po drugie - żadna z głośniejszych premier, na które faktycznie udało mi się wybrać, nie rozgrzała mi serca ani nie rozpaliła wyobraźni. Najlepiej będę wspominał "Dziennik panny służącej" Radu Jude. "Papierowy tygrys" był w porządku. Ale reszta rozczarowała. Nie podobały mi się ani dobrze przez krytykę przyjęte "Niespodziewane" Hamaguchiego, ani nagrodzony Złotą Palmą "Fiord" Mungiu, ani tym bardziej obdarowane Złotym Niedźwiedziem "Żółte listy".
Sytuację zmuszone były ratować produkcje spoza afiszy, ale naturalne jest przy takim eksperymentalnym oglądaniu, że większość spudłuje. I tak właśnie było. Na szczęście trzem się udało zrobić mi dobrze - i stąd to moje top 3 filmy festiwalu. Żadnego z nich raczej nie zobaczycie w kinach, ale jeden jest przynajmniej jeszcze przez kilka dni dostępny w ramach festiwalu online. Niestety to akurat ten, który rzadko budził u innych festiwalowiczów pozytywne uczucia.
Pływacy
Może jednak dacie mu szansę? "Pływacy" trwają zaledwie 75 minut i choć stworzyła ich grupka zajaranych 20-kilkulatków, to dokonała tego profesjonalnie i plastycznie. Reżyserka Sol Iglesias angażuje w filmie wszystkie zmysły widza. Poczujecie zapach bagnistego basenu, smak ciepłej coli, dźwięki przelatujących co chwilę nad głowami samolotów i przede wszystkim palące słońce na skórze.
Pływacy
Nie spodziewajcie się jednak, że zrozumiecie, co się dokładnie dzieje. Wygląda, że to jakieś klimatyczne postapo, gdzie funkcjonują już tylko linie lotnicze i megafony reklamujące ich usługi. Większość ludzi opuściła już miasto. Zostały tylko małe grupki młodzieży okupujące baseny. Ich zachowania też nie mają wiele sensu, ale to nie ma znaczenia. Chodzi o to, żeby powajbować.
“Złudzenie”
Tak samo jest z moim filmem festiwalu, czyli "Złudzeniem". Chociaż tu jest sporo więcej do rozważenia intelektualnie niż zmysłowo. Ale tu też nie do końca rozumiemy tę rzeczywistość i motywacje postaci. I nie szkodzi. Nie o to biega. Bo na co się tu nie natkniemy, to zawsze ma w sobie coś fascynującego. Obojgu nam z dziewczyną było smutno, kiedy "Złudzenie" się skończyło, bo jego epizodyczna formuła sprawia wrażenie, jakby końca mogło nigdy nie być.
“Złudzenie”
Każdy epizod jest kolejną małą przygodą dziewczynki imieniem Moon. W pierwszym "odcinku" mała rozbija swój samochód, by nie wjechać w żółwia na drodze. Następnie bez mrugnięcia wysiada, podnosi gada, pokazuje mu, co spowodował i wyrusza z nim w pieszą wędrówkę. I podróżują tak na jednym długim ujęciu, podczas którego Moon tłumaczy żółwiowi, skąd się wzięło życie na Ziemi.
Dalej jest tylko ciekawiej. Dorosłych tu nie uświadczycie (a przynajmniej nie żywych). Moon w kolejnych epizodach natyka się na różne dzieci - w jaskiniach, antycznych ruinach, na wysypiskach. Z niektórymi ma do pogadania, inne mają dla niej dar piosenki, a jeszcze inne traktują ją obojętnie i kontynuują partyjkę w najbardziej nieprzewidywalne szachy, jakie widziałem.
“Złudzenie”
Całość jest rzekomo adaptacją sztuki "Word for Snow" Dona DeLillo, ale jeśli dobrze rozumiem, głównie dotyczy to jednego z epizodów - tego, w którym Moon rozmawia z uczoną za pomocą tłumaczki. To pewnie mój ulubiony epizod, bo zmienia naszą percepcję całej reszty filmu.
Nie miałem do czynienia wcześniej z eksperymentami Bena Riversa, ale teraz już na każdym festiwalu będę się rozglądał za tym nazwiskiem.
“Najsamotniejszy człowiek w mieście”
Ale jak wspominałem, moich ulubieńców jest trójka. Ten trzeci - "Najsamotniejszy człowiek w mieście" - jest z nich najbardziej przystępny i myślę, że by nie zaszkodziło, gdyby ktoś go wziął do polskiej dystrybucji, bo zwyczajnie łatwo go polubić. Widownia by się znalazła.
I ja normalnie mam uczulenie na kino o smutnych, starych ludziach, ale ten od początku pokazuje, jak to zrobić dobrze. Zamiast puszczać z offu smutną muzykę do ubierania choinki w samotności, odwraca tę dynamikę. Smutny dziad sam sobie puszcza smutne piosenki o ubieraniu choinki w samotności, kiedy ubiera choinkę w samotności. Nagle wszystko się zmienia. Ten dziadek po prostu żyje swoim bluesem.
“Najsamotniejszy człowiek w mieście”
Wspaniałe są w tym filmie dialogi - przywodzą na myśl Akiego Kaurismakiego, gdzie język jest trochę prosty i dziecinny, a ludzie nie hamują się w powiedzeniu więcej, niż sytuacja wymaga. I nikt nie jest zaskoczony porozumiewaniem się w ten sposób.
Jeżeli uda Wam się gdzieś złapać "Złudzenie" lub "Człowieka", to koniecznie skorzystajcie z tej rzadkiej szansy!
A póki co odsyłam Was do "Pływaków" na festiwalu online oraz do mojego Filmweba, gdzie przygotowałem listę wszystkich obejrzanych na festiwalu filmów od najlepszego do najgorszego (o każdym napisałem tam kilka słów).
